Jednak się pomyliłem, a wszystkie moje obawy zawędrowały z wiatrem gdzieś daleko, daleko stąd.
Bo kiedy wszedłem późnym wieczorem do sypialni, od progu przywitał mnie zapach aromatycznych świec i ta woń odprężała mi wszystkie mięśnie. Płatki czerwonych róż podrywały się z posadzki, gdy wpuściłem do pokoju powiew świeżości, były też na białej satynowej pościeli. Ale płatki róż i ta pościel, i kolor ścian, i zapach świec - to wszystko zostało za mgłą, bo po środku łóżka leżała ona, ubrana w skąpą czerwoną bieliznę. Włosy miękko okalały jej policzki, usta podkreślone czerwoną pomadką chwytały łagodnie kryształowe szkło kieliszka i sączyły jeszcze bardziej czerwone wino. Jej ciało połyskiwało, odbijał się w nim tylko ogień płonących świec. Wkrótce i ja zapłonąłem.
-Czekałam na ciebie - powiedziała cicho, podając mi drugi kieliszek. - Uznałam, że przyjęcie niespodzianka z balonami i serpentynami nie byłoby spełnieniem twoich marzeń. Jednocześnie chciałam, żebyśmy mieli dla siebie dużo, dużo czasu. Przepraszam, że zwlekałam z tym do wieczora.
Posadziła mnie na krawędzi łóżka i usiadła na moim prawym kolanie. Zagarnąłem jej biodra ramieniem, drugą dłonią poznawałem jej policzek. Zawsze miała hipnotyzujące oczy, ale dziś te dwie perły przeszły same siebie.
-Chciałam ci życzyć wszystkiego, ale to naprawdę wszystkiego najlepszego, kochanie. - Musnęła moje usta, smakowała wytrawnym winem, którym wkrótce smakowałem i ja. - Życzę ci w pierwszej kolejności końskiego zdrowia, które cię nie opuszcza. Nie pamiętam nawet, żebyś choć raz miał zwykły katar. Życzę ci, żebyś zawsze był taki czuły i troskliwy jak w ostatnich dniach. Nie wiem, jakie są twoje marzenia, bo nigdy mi o nich nie opowiadałeś, ale bez względu czy jestem ich częścią, czy też nie, chciałabym, żebyś je wszystkie spełnił. Chciałabym również, żebyś wpuścił do swojego serca naszą córeczkę. I życzę ci jeszcze, żeby nasza miłość nigdy nie stała w miejscu. - Pocałowała mnie głęboko. Tak głęboko, że scałowała ze mnie wszystkie niepokoje. - Wszystkiego najlepszego, słońce.
-Kocham cię - wyszeptałem poruszony. Tylko tyle wyrwało mi się przez gardło, bo cała reszta pociągnęłaby za sobą łzy. Wstydziłem się przed nią płakać, dlatego trzymałem wszystko w sobie, czując, jak przypływ domaga się rzeki, którym mógłby ze mnie ujść. - Kocham cię tak cholernie mocno.
A potem jej palce, mnóstwo smukłych palców, mierzwiło moje włosy, gdy zatonęliśmy wraz z pocałunkiem, który nas połączył. Przy niej byłem taki słaby, tak koszmarnie obdarty ze wszystkich sił. Każdy łyk powietrza był wysiłkiem, każde mrugnięcie katorgą dla oczu, które tracą ją na ułamek sekundy. Ale w tej słabości była moja siła, której nie potrafiłem z siebie wydobyć. Każdy jej ruch niósł za sobą anielską delikatność; gdy mnie dotykała, to jej skrzydła uderzały w moje ramiona. Zakochanie było zaawansowaną ślepotą. Szedłem po omacku korytarzami stworzonymi wyłącznie z powietrza.
Następnego dnia podjąłem ważną, rzekłbym nawet przełomową decyzję. Po obfitym śniadaniu i całej rozmaitości obfitych skradzionych pocałunków, starszy o rok i dojrzalszy o dziesięć, z piskiem opon pożegnałem wciąż jeszcze pamiętający ulewne deszcze podjazd. Dzień był pochmurny i wietrzny, odgłos fal silnie rozbijających się na skałach i piętrzących pod niebo dobiegał do samego centrum, przez które przebijałem się jak przez betonowy mur. Pływałem w stawie gęstym od wodorostów pod prąd. Zakorkowana trasa przez śródmieście dawała mi takie wrażenie, więc nim się spostrzegłem, na straty poszła cała godzina, którą mógłbym spędzić z nią. Ale nie zawróciłem w połowie, mimo że tę pierwszą już znałem.
Stanąłem przed salonem fryzjerskim. Manewrując kierownicą, wcisnąłem się w jedno z wąskich miejsc parkingowych. Los mi dziś sprzyjał, nie potykałem się o kłody, które rzucał mi pod nogi, a w salonie nie było nikogo. Gdy wszedłem, dzwonek przy drzwiach zaśpiewał radośnie, zaczytana w jednym z czasopism młoda fryzjerka uniosła wzrok znad brukowca, wychynęła do mnie zza lady. Fryzurę, na którą chciałem się skazać, nazwałem nad wyraz bezpośrednio: "nie mylić z Jasonem".
-Więc czego pan sobie życzy na głowie? - Błysnęła przede mną w uśmiechu, kierując mnie na pierwszy z foteli, by wpierw zająć się namoczeniem każdego pasma.
-Czerni - zadecydowałem. - Krótszej czerni.
-Załatwione.
Odchyliła ostrożnie moją głowę, stojąc za mną i za porcelanowym zlewem, do którego łagodnym strumieniem lała się letnia woda. Krople osadziły się na krawędziach mojego czoła, gdy zwiedzała smukłymi palcami korytarze między kosmykami. Miała delikatne dłonie i gdy tak mnie dotykała i dotykała, a robiła to gorliwiej niż przypuszczam, że powinna robić, wstrząsał mną dreszcz. Tłumiłem go w napiętych mięśniach i relaksowałem się przy opuszczonych powiekach, gdy opuszki jej palców i krańce paznokci średniej długości wdrapywały się na czubek mojej głowy i na powrót spływały wraz z wodą. Cindy byłaby zazdrosna, gdyby wiedziała, że jęk kotłuje mi się w krtani na fotelu u fryzjera.
Później przesiadłem się na właściwy fotel, na przeciw ogromnego lustra rozciągającego się wraz z długością całej ściany. Dziewczyna ocierała ręcznikiem wszystkie krople, które atakowały mój kark, a ja przyglądałem się w lustrze, jak pracują jej pełne usta, gdy żuje gumę.
-Skąd taka zmiana, jeśli mogę spytać? - Srebrne nożyczki zakręciły się na jej palcu, nagły blask odbił się od nich i ugodził w lustro. - Mam na myśli, z jasnego brązu na czarny to dość spory przeskok.
-Teoretycznie ślub - powiedziałem, wygodnie opierając barki o fotel. - A w praktyce potrzebuję zmiany.
-Twój ślub? - podchwyciła.
-Mój - przytaknąłem. - Ale jeszcze się z tym nie oswoiłem.
-Szczęściara z niej - mruknęła pod nosem, a nożyczki poszły w ruch.
Cięła, nucąc cicho. Strzępy włosów krążyły po podłodze w przeciągu. A kiedy było ich wystarczająco mało i wystarczająco wiele zarazem, spędziłem całe lata świetlne z kleistą mazią na głowie, gawędząc z młodą fryzjerką, której czarne długie włosy, jakie widywałem jedynie na włoskich plażach, wędrowały prostą drogą do pośladków. Nie raz i nie dwa plątałem je ze swoimi palcami, by głośno zachwycać się niebywałą miękkością. Poza wodą były jak pod nią - rozpływały się w palcach. A gdy przyszła pora płukania i następnie suszenia, skleiłem powieki, nie podglądałem, czekałem na całkowite odseparowanie mnie od brata, który był bliźniakiem, ale nie syjamskim i mogłem dzielić się z nim domem, myślami, nawet dzieckiem. Ale nie dziewczyną. Nie tą jedyną.
Otworzyłem oczy, kiedy znów poczułem jej palce, tym razem w suchych włosach, sypkich jak pierze, błądzących między opuszkami i knykciami. I wyglądałem dobrze. Tak naprawdę, naprawdę dobrze. I daleko mi było do Jasona. Tak daleko, że już nikt nie ujrzy we mnie jego cienia.
-I jak? - zagaiła długowłosa. - Narzeczonej się spodoba?
-Narzeczonej nie. Ale mi owszem. - Nachyliłem się nad lustrem, przekładałem grzywkę, tarmosiłem ją, unosiłem, a potem opuszczałem. Bruneci mają większe branie, choć mnie to branie ominie. Mimo to czułem się jak w nowej skórze, nowy ja w drodze na nową drogę życia. - Doskonale - dodałem szeptem.
-Będzie ci niezwykle ciężko być wiernym swojej żonie - skomentowała brunetka o czerni jeszcze bardziej intensywnej niż moja, strosząc moje włosy na tyle głowy.
-Do tej pory nie miałem z tym większego problemu.
Rozliczyliśmy się przy kasie. Uznałem, że to prawdziwy los na loterii - parę dolarów i wszystko, czego od tak dawna pragnąłem. Wracałem do samochodu przy asyście nieodpartego wrażenia, że czerń moich nowych włosów onieśmiela nawet słońce, które znalazło cichy kąt za chmurą. Ale w końcu czułem się dobrze - osiągnąłem to, do czego dążyłem po omacku i na oślep, nie wiedząc, z której strony ugryźć własne wyrzuty i chęci.
Droga powrotna do domu była jakby krótsza, choć powtarzałem trasę tymi samymi ulicami. Nie liczyłem na aprobatę Cindy, nie tym razem. Ta lekkość, która mnie pchała, te skrzydła, które wyrosły mi u zwieńczenia ramion - to wszystko sprawiało, że jej niezadowolenie będzie wbitą szpilką, nie całym mieczem. Odhaczyłem pierwszy punkt na liście kandydata do miana egoisty i zdawało mi się, że to przełom, choć nie wiedziałem jeszcze czego. Może przełom zasypiania z uśmiechem na ustach. A może przełom samotnych nocy na kanapie. W każdym razie krok - nie wiem czy na przód, czy w tył, ale nie pozwala stać w miejscu.
Ostatecznie przyszło mi się zmierzyć nie tylko z Cindy, ale również z matką i ze wszystkimi, których przywiozła swoją małą Toyotą, teraz zaparkowaną przy krawężniku po drugiej stronie ulicy. Zmierzwiłem w palcach grzywkę i wyszedłem pewnie na podjazd, stamtąd paroma susami przedostałem się pod drzwi i wszedłem, a zapach świeżych owoców przytulił mnie jak Cindy do snu. Przekroczyłem próg salonu i byli tam wszyscy: mama, przy niej Jazzy, a na tyłach ojciec, z którym rozmijały się moje tematy rozmów i najdłuższe zdanie od tygodni, jakie z nim wymieniłem, brzmiało: "Proszę, podaj mi ziemniaki".
-Justin, co... - zaczęła mama, ale jej głos umarł przedwcześnie, bo nie pchnęły go żadne kolejne słowa.
-Co się stało z twoimi włosami, skarbie? - Cindy podeszła do mnie, otulił mnie zapach jej perfum, a wkrótce i łagodne troskliwe dłonie, które powtórzyły ruchy fryzjerki w zawirowaniu kruczych kosmyków.
-Potrzebowałem zmian - zakomunikowałem. - Drastycznych zmian.
-Trzeba było założyć różową koszulkę zamiast tych czarnych i białych - wtrąciła ironicznie Jazzy. - A nie farbować kłaki.
-Nie pytałem cię o zdanie, mała żmijo - syknąłem i sam byłem żmiją, jak mój głos.
Cindy ściągnęła moją głowę niżej i pocałowała mnie w czubek. Jej usta spowodowały samozapłon moich włosów i zdawało mi się, że znów są jasne, jaśniejsze nawet niż były.
-To ze względu na to, co powiedziałam? - szepnęła cicho, słyszałem ją tylko ja. - Wiesz, o tym blondzie.
-Nie - skłamałem. - Po prostu potrzebowałem czegoś nowego.
-Przepraszam - powiedziała ze skruchą. - Nie powinnam była wtedy, no, wiesz.
-Daj spokój - rzuciłem. - Przecież mówię, to nie z twojego powodu.
Cindy popieściła mój policzek, potem zatoczyła trasę, zgodnie z którą pochylają się moje brwi, i szepnęła:
-Nie umiesz kłamać. - Odchodząc, ponętny ruch jej bioder odebrał mi tę część zmysłów, która odpowiada za radość nową czernią na głowie. Wtedy też dodała głośniej. - Dobrze ci w czarnym. Naprawdę dobrze.
I poczułem, że zrobiłem coś odpowiedniego dla nas. Przerwałem swoją nić, a jej nie pozwoliłem się scalić. Nie zlikwidowaliśmy Jasona i nigdy tego nie zrobimy. Ale wystawiliśmy go za szklane drzwi i przez to szkło możemy go jedynie oglądać. Ona zerka często, ja nie zerkam wcale.
Nazajutrz wieczorem wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Oprócz mnie. Skrzydła granatowej koszuli rozchodziły się na boki, walczyłem z nimi tak długo, aż guzik w okolicach pępka oderwał się od materiału.
-Przyda ci się wizyta na siłowni - parsknęła Cindy, poklepując mnie po brzuchu.
-Tak działa twoja kuchnia - powiedziałem z wyrzutem. - Ale, hej, tę koszulę miałem na sobie podczas balu na koniec szkoły średniej. Wiesz, ile czasu minęło? Od tamtej pory przybyło mi mięśni i tylko mięśni.
-Zostałeś królem balu?
-Oczywiście. Inny scenariusz nie wchodził w grę. - Na powrót rozpiąłem wszystkie guziki i wyswobodziłem się z pękających szwów. - A teraz pozwolisz, że znajdę coś nieco bardziej w moim rozmiarze. I, och, byłbym zapomniał. - Przytrzymałem ją w talii i szepnąłem na ucho. - Przepięknie wyglądasz.
Ubrana była w kusą granatową sukienkę zwężaną w talii, wysokie obcasy wysmuklały jej nogi, które sięgały już ponad niebo. Włosy delikatnymi falami otulały jej łopatki. A kiedy odchodziła, pocałowałem ją w kark.
Wkrótce harmider rozmów dobiegł mnie z dołu, nie chciałem nawet wiedzieć, ile osób, z którymi nie chcę zamieniać słowa, błąka się po moim salonie. Ubrałem inną, czarną koszulę i w tej się dopiąłem. Skórzany pasek podtrzymywał na moich biodrach spodnie od garnituru i tak odstawiony, tak oklejony koszmarnym brakiem naturalności, koszmarnym brakiem mnie, zszedłem schodami na parter, w paszczę wszystkich ludzi, których nie chciałem widzieć, w dźwięk ich głosu, przed którym chciałem uciec. Miałem jedno marzenie: trzymać Cindy w ramionach, tylko trzymać, i tak po kres wszystkich dni.
-Justin - zawołała moja matka z rogu salonu, pieściła w dłoniach kieliszek szampana, gestem nadgarstka przywołała mnie do siebie i do Cindy, której bark przykrywała z matczyną delikatnością. Podszedłem do nich, i tak nie miałem dokąd uciec. - Tak bardzo się cieszę, że się zaręczyliście - powiedziała łagodnie. - I z tego co słyszałam od dziewczyn, od Cindy i od Jazzy, nieświadomie oświadczyłeś się w bardzo romantycznym plenerze.
-Czy ja wiem - mruknąłem, drapiąc się po karku. - Środek autostrady nie powiewa przesadnym romantyzmem.
-Ale deszcz owszem - weszła mi w słowo i wymieniła z Cindy uśmiechy. Uśmiech matki był pospolity, każdy uśmiechał się w ten właśnie sposób. Uśmiech Cindy był wszystkim. Przypiąłbym jej agrafki do twarzy dla podtrzymania tego uśmiechu.
-Nie jestem znawcą w tych sprawach - brnąłem dalej w tę fałszywą skromność.
-Bywasz romantyczny całkiem przez przypadek - oznajmiła Cindy, wieszając się na mojej szyi. - A ja to naprawdę doceniam. Jesteś taki... niedoświadczony w okazywaniu uczuć. To urocze.
-Nazywać faceta uroczym to prawdziwa zbrodnia.
-Nic na to nie poradzę. - Pocałowała mnie w podbródek. - W ostatnim czasie twój urok osobisty okrada mnie z mojego.
Złapałem ją za kark, opuszki moich palców wpełzły w jej włosy.
-Dla mnie i tak jesteś najbardziej uroczym stworzeniem na świecie.
Potem omiotłem spojrzeniem salon. Byli wszyscy. Jazzy z chłopakiem, któremu całym sercem współczułem. Dziadkowie od strony mamy i dziadkowie od strony ojca. Paru znajomych Cindy i żadnych moich znajomych. Byłem w posiadaniu jednego znajomego i dziwnym trafem ten znajomy zamieszkuje wyspy oddalone o osiem stref czasowych.
Od tamtej pory atakowali nas z każdej strony. Zostało mi tylko świecić uśmiechem gdzie popadnie, a w głębi duszy prosić o przesunięcie wskazówek zegara, bym mógł wyprosić ich wszystkich z własnego salonu, położyć się do własnego łóżka i zasnąć z własną kobietą wtuloną we własną pierś.
-Ustaliliście już datę ślubu? - spytał ojciec, a jego głos niósł się grubym barytonem po parterze.
Wszystko, co do tej pory było interesujące, nagle przestało być. Wszystko to zniknęło, by oświetlić reflektorem rozpromienioną Cindy i więdnącego przy niej mnie.
-Trzeci kwietnia - oznajmiła radośnie. - Dokładnie za miesiąc.
-Masz jeszcze tyle spraw do załatwienia. - Mgła za oczami mamy mówiła jedno: wspominała własny ślub, suknię, marsz weselny huczący w uszach i parę bliźniąt pod sercem. Potem z pary został singiel.
Niejednokrotnie zastanawiało mnie, kim bym był i gdzie bym był, gdybym to ja w nosidełku wybrał się w podróż do Londynu i nigdy z niego wrócił. Nie poznałbym Cindy, to pewne. Nie zakochałbym się w niej, to jeszcze bardziej pewne. Może Austin nie poznałby Jasona, może nie wybiegłby z rodzinnego domu w dniu osiemnastych urodzin. Może to wszystko, co spotykało Cindy przez lata, ominęłoby jej zamknięte drzwi. Może ta decyzja podjęta na chybił trafił dwadzieścia siedem lat temu zaważyła na życiu tylu osobnych jednostek. Może nie goniłbym za szczęściem, a po prostu czuł je między palcami.
-Racja - przyznała Cindy, a ja powróciłem do salonu z kalifornijskiej porodówki sprzed wielu, wielu lat; z miejsca, w którym razem z nami zrodziły się dwie odrębne historie przeplatane wspólnym wątkiem. - Ta kolosalna ilość mnie przytłacza. Zaproszenia, sala, suknia ślubna, dobór potraw, muzyki, wystroju i...
-Chcę zaprosić Nell - oznajmiłem, wchodząc jej w słowo; wzrok miałem nieprzytomny. Tak jak wszyscy wkoło. - Chcę, żeby na naszym weselu była Nell - powtórzyłem, bo zdawało mi się, że nie słyszeli, nie chcieli słyszeć, albo rozstawiali tarcze i głos wracał do mnie po odbiciu się od ich zasępionych twarzy.
-Justin - powiedziała mama łagodnie, choć z nutą dystansu.
-Nie pytam o pozwolenie, a jedynie informuję: chcę, żeby na moim weselu była moja przyjaciółka. Czy to kogokolwiek dziwi?
-Owszem, dziwi - wtrąciła się Jazzy; ta, której zdanie akurat najbardziej osiada mi na sercu.
-Z całym szacunkiem, ale gdyby nie Cindy, byłabyś ostatnią osobą, której z własnej woli dałbym zaproszenie na swój ślub.
-Gdyby nie Cindy, wcale bym na niego nie przyszła - odgryzła się.
-Czy wy nie potraficie wytrzymać choć dnia bez kłótni? - Między nami stanęła mama, jej kojący głos zażegnał wszelkie spory. Ale wkrótce spojrzała mi w oczy i to był ten wzrok, jedyny pośród wszystkich innych, który wiedział, że Nell ma wartość ponadczasową i jej nieobecność zrównałaby się z moją własną nieobecnością.
-Rób, co uważasz, Justin - rzuciła mimochodem Cindy, jednym łykiem przełknęła pół kieliszka szampana. Już nie byłem skarbem, kochaniem i słońcem; byłem po prostu Justinem.
-Zrobię - przyznałem spokojnie.
Chyba w tym miejscu prysł czar nadmiernej uprzejmości wieczoru. Cindy odeszła wraz z Jazzy, by przy stole wybierać krój zaproszeń, dziadkowie odpłynęli w swój świat rozmów i wspomnień wesel za ich czasów, a mama z ojcem nie mogli się nadziwić, że ja, ich syn, który stosunek do małżeństwa miał nie lepszy niż rasista do czarnego, za miesiąc zakończy żywot kawalera.
-W całej ślubnej szopce tylko jedna rzecz przypadłaby mi do gustu - powtarzałem latami, kiedy jeszcze Austin popijał ze mną piwo. - Mianowicie noc poślubna.
Ale teraz i ta noc, choć nie mam wątpliwości, że spędzimy ją w emocjonującym napięciu, nie przyćmiewała całego zatrzęsienia przedślubnych i poślubnych wad. Oczywiście w konsternację nie wciągała mnie myśl, że po ślubie Cindy zacznie chodzić w rozciągniętym dresie, myć włosy raz w miesiącu, a nasz seks zacznie pochłaniać całe pięć minut w ciszy i ciemni co kwartał roku. Nie wiem, czego się bałem i ile z tego strachu byłem przyczyną, ale piłem kieliszek za kieliszkiem obrzydliwego rozcieńczonego szampana, po każdym przeglądałem się w lustrze i z bólem serca dochodziłem do wniosku, że skrzydła nie rosną mi u ramion.
Kiedy pogawędka zawiązała się między moimi rodzicami, Jazzy i Cindy, zbliżyłem się do nich, by nie stać samotnie jak kołek wbity w panele. Zatrzymałem się za plecami siedzącej Cindy, opuściłem dłonie na jej napięte barki, ta natychmiast przylgnęła policzkiem do mojego przedramienia, była kontynuacją tatuaży. Nachyliłem się i pocałowałem ją we włosy. Potem dwoma haustami wypiłem szampana z jej kieliszka, a wkrótce i z kieliszka Jazzy.
-Kto wie - ciągnęła rozpoczętą niedawno myśl mama. - Może wkrótce doczekam się kolejnego wnuka.
Nie zdawałem sobie sprawy, że gdzieś w głębi mojego przełyku wciąż kotłuje się szampan, dopóki nie wyplułem resztek na stół, wprost na torebkę do bólu zdegustowanej siostry.
-Nie zapędzajmy się - powiedziałem sztywno, mankiet mojego rękawa gorliwie pracował przy podbródku, by otrzeć z niego całego alkoholowego sikacza. - Ślub to pierwsza i ostatnia rozsądna decyzja, jaką udało mi się podjąć. Dopóki ja sprawuję władzę nad zabezpieczeniem, nie grozi ci ponowne zostanie babcią, mamo.
-Nie używamy gumek - zaćwierkała Cindy, całując moje knykcie, wciąż tak bezwiednie opływające jej ramiona.
-Ale bierzesz tabletki - mruknąłem półgębkiem. Metody antykoncepcji to nie było coś, co chciałem dogłębnie roztrząsać przy rodzicach.
-Właśnie: ja biorę. A to oznacza, że jak na razie to ja mam władzę.
-Nawet nie próbuj - burknąłem, szczypiąc ją lekko w kark pod kurtyną bujnych włosów.
Cindy nachyliła się nad moją mamą i szepnęła teatralnym głosem:
-Niech się pani nie martwi, może uda mi się go złamać.
Od wieków byłem złamany. Po prostu duma trzyma mnie prosto.
A potem byłem już cieniem, który ciągnął się za każdym, z kolei za mną nie ciągnął się już żaden cień. Snułem się z kąta w kąt, przysłuchiwałem rozmowom, niebezpiecznie wszystkie jeśli nie dotyczyły bezpośrednio mnie, to o mnie się ocierały. Cindy nie zwracała na mnie uwagi. Ilekroć całowałem ją w czoło, albo próbowałem wymóc odrobinę uwagi, zbywała mnie krótkim pomrukiem. W ciągu czterdziestu minut siedem razy zaglądałem do pokoju Rosie, spała zwinięta w kłębek, kołdra plątała się między jej podkurczonymi nóżkami. Spała w poprzek łóżka, choć miała do dyspozycji całą długość przekraczającą jej wzrost kilkakrotnie. Raz przyłapałem się na tym, że bezwiednie pochylony pocałowałem ją w czoło i owinąłem jej ramię wokół szyi pluszowego słonia. Małe dłonie miała chłodne, więc co rusz nakrywałem ją kołdrą pod szyję i tak spodobała mi się ta szczypta troski, jaką mogę na nią przelać, że później odkrywałem ją tylko po to, by znów móc przykryć.
Aż w końcu po godzinie, przybity brakiem uwagi ze strony Cindy i alkoholem, który choć słaby, zagościł we mnie w ilości 3/4 butelki, postanowiłem sprawdzić ją i sprawdzić siebie. Niezauważony - a jakżeby inaczej - przemknąłem schodami do zawilgoconej piwnicy i poprosiłem Boga, którego nie miałem prawa o cokolwiek prosić, by dziś naprawił żarówkę, którą ja naprawiam już od siedmiu lat. Naprawił. To być może spóźniony prezent urodzinowy. Przemierzyłem piwnicę dookoła, szukając zamontowanego alarmu przeciwpożarowego, a gdy go w końcu znalazłem, znów poprosiłem Boga, przy czym wyczerpałem limit tych próśb na całe lata świetlne w przyszłość, by ustawił za mnie życie tak, jakbym tego chciał, bo ja sam nie wiem, o co mi tak naprawdę chodzi.
Włączyłem. Syrena rozbiegła się po domu, wycie pulsowało mi w uszach, wzmożony tupot odzianych w buty stóp rozszalał się w salonie. Panika - to właśnie to, co ogarnęło cały dom. Tylko ja spokojnie, snując się po schodach, wróciłem na parter i bezwładnie przysiadłem na krześle w rogu pokoju. Cała reszta miotała się dziko po salonie, łapali portfele, torebki, klucze do samochodów i marynarki od Armaniego. Mieszkanie z wolna pustoszało, jeszcze tylko dotarł do mnie zaspany, pełen przerażenia głos małej Rosie. I zniknęła ramka ze zdjęciem Jasona. I zostałem sam. Cisza, piekielna i uporczywa cisza wypierała z uszu hałas zawodzącego alarmu. To tak jakby nadszedł ostatni dzień świata, a ona chciała mnie z niego wyeliminować. Nie zdała testu, który przed nią rozciągnąłem. Był pierwszy plan i mnie na nim zabrakło. A potem był drugi i trzeci. I ja gdzieś daleko, daleko za nimi.
Ale nagłe głuche uderzenia dobiegły do mnie spod dźwięcznego poszycia. Podniosłem wzrok znad swoich kolan i ujrzałem te nogi, te piękne nogi, na których osiadło całe mnóstwo moich pocałunków. A zaraz po nich ona rozświetliła wszystko przede mną. Słońce natarło na księżyc i razem z nim, z jego blaskiem, spłynęło do naszego salonu.
-Szukałam cię, skarbie - powiedziała łagodnie i gdyby to we mnie trwała zepsuta żarówka, jak ta piwniczna, teraz zostałaby naprawiona. Wtedy wyciągnęła do mnie obie ręce. - Chodź, musimy stąd wyjść.
Ruszyłem za nią, jej bliskość była niekwestionowana. A jednak wciąż czułem niedosyt, czułem jakiś zawód, a jeśli nie zawód, to jego przeszywający cień. Nie mogę jej przecież winić, że w pierwszej kolejności ratowała z wyimaginowanych płomieni swoje dziecko. Nasze dziecko. Popadam w paranoję.
Ale ja w pierwszej kolejności wyniósłbym ją. Całe swoje życie.
~*~
Ta kolosalna miłość Justina boli aż mnie :-)